Kiedy telefon dzwoni w niedzielę o 5.00 rano…
27 Listopad 2011
…może to oznaczać dwie rzeczy: albo stało się coś poważnego… albo dzwoni nasza Dispo / CrewControl, która zajmuje się kwestiami grafikowymi, składem załóg na dany lot i podobnymi sprawami.
Dzisiejszy niedzielny lot miał być moim ostatnim z pięciodniowej rotacji: miałem lecieć do Rzymu, wcześnie rano tak jak przez ostatnie 4 dni i tym samym być z powrotem w południe, “po pracy”
.
Ale już poprzedniego dnia, wylogowując się po locie z systemu dowiedziałem się, że zamiast lecieć do Rzymu polecę do Oslo – dobrze – myślę sobie, lubię Oslo (generalnie rzecz biorąc preferuję latać w kierunku północnym: Niemcy, Wyspy Brytyjskie, Dania, Skandynawia), za Rzymem nie przepadam (byłem dwa razy i obydwa razy nie podobało mi się, ale to inna historia), więc ucieszyłem się i z takim nastawieniem poszedłem do domu.
Niedziela, 5.00 rano: ledwo wyszedłem spod prysznica, z resztą pianki po goleniu na twarzy a tu słyszę jak dzwoni telefon: zmiana planów – A319 zepsuł się więc puszczają tam Avro 100. Dla mnie na razie nic nie mają, więc dostaję dyżur ‘standby’. Cieszę się, gdyż to oznacza, że mogę wrócić z powrotem do żony do ciepłego łóżka a być może będę miał wolny dzień i będę mógł go spędzić w domu wraz z rodziną.
‘Niestety’ już po godzinie, właśnie wtedy kiedy zacząłem zapadać w jeszcze głębszy sen, ponownie zadzwonił telefon: “Dzień dobry Dispo” wołam do słuchawki po czym dowiaduję się, że jednak mają dla mnie lot – lecę do Nicei, w Zurychu będę z powrotem o 12.00 – ech, trzeba znów wyjść spod pierzynki. Jak się okaże później, będzie to jeden z ładniejszych lotów, pełen pięknych widoków.
Niecałe pół godziny później siedzę już na rowerze i jadę sobie w ten niedzielny spokojny poranek – po ulicach pozbawionych ruchu i życia – na lotnisko – ot, to właśnie komfort mieszkania tak blisko lotniska. Z jednej strony jestem blisko pracy, słyszę w ciągu dnia lotnisko, więc to jest minus. Z drugiej nie stoję w korkach, nie siedzę w pociągach ani w samochodzie, za to jadę rowerkiem z walizką na bagażniku i w 8 minut docieram do centrum operacyjnego (a gdy pada deszcz wsiadam do autobusu – to także zajmuje 8-10 minut).
Briefing z kapitanem, briefing z załogą: pogoda ładna, Nicea bezchmurna, 10 stopni, piękna jesienna pogoda. Kapitan pyta mnie który odcinek chcę lecieć, więc wybieram ten pierwszy, czyli lecę do Nicei. Bierzemy paliwo na oba odcinki, w Zurychu jest ono tańsze więc się opłaca: na każdej tonie zysk kilkudziesięciu dolarów. Pasażerów raptem około trzydziestki, co kwituję żartobliwie zwracając się do kapitana, że nie warto było wstawać rano. Kapitan na to że tak, to prawie jak wycieczka rodzinna (138 miejsc w samolocie (A319), 5 załogi, 30 pasażerów…).
Lecimy, lot spokojny a ja już od początku zaczynam przygotowywać się do lądowania: Nicea ma specjalne podejście, ja czuję respekt przed tym lotniskiem: podejście jest na VOR, którego nie ma na lotnisku, jest na wybrzeżu; w pewnym momencie trzeba – wizualnie – skręcić w stronę lotniska i już resztę podejścia wykonać wizualnie.
Dzięki 2-3 poradom kapitana oraz konserwatyzmowi w planowaniu podejścia (wcześnie konfiguruję samolot, czyli wypuszczam klapy i podwozie) wszystko układa się ładnie. Widoczność super, błękit morza, wille na wybrzeżu a przed nami 2.5 km pięknego pasa – nic tylko lądować. Wiatr wieje nam z lewej strony z siłą 15 węzłów. Trochę mnie zwiewa z osi pasa, dekoncentruje i wyrównanie pół sekundy za późno, więc zamiast usiąść delikatnie, siadamy z akcentem na pasie – no cóż, przynajmniej ci pasażerowie, którzy spali, wiedzą, że dotarliśmy szczęśliwie do Nicei.
Jest piękna pogoda: przekonuję się po raz kolejny, dlaczego co majętniejsi obywatele ściągają tutaj i budują sobie wille – widoki, pogoda, morze…
Sprawnie idą przygotowania wokół samolotu i małą chwilę później, już 10 minut przed planowanym czasem, kołujemy do pasa. Samolot jest lekki (ok. 70 pasażerów), więc ochoczo pnie się do góry. Widoczność dobra, niebo niebieskie, więc co chwila wyjmuję aparat z torby i robię zdjęcia.
Krótko przed Mt. Blanc kapitan sugeruje, by zapytać kontrolera czy możemy zboczyć z kursu w kierunku Matterhorn i zrobić małą wycieczkę krajoznawczą po Alpach szwajcarskich…i tak już po chwili, dzięki uprzejmości kontrolera, braku większego natężenia ruchu zbaczamy z kursu i oddajemy się podziwianiu piękna Alp, robieniu zdjęć – jak dobrze, że jest autopilot
Mogę tylko dodać: definitywnie opłacało się dziś rano wstać!
Flying. Swiss made.
Piotr
A ‘good’ landing is one from which you can walk away. A ‘great’ landing is one after which they can use the aeroplane again.





piękne widoki, rozleniwiające

I w opisie dało się czuć lekko leniwy, pełen odprężenia klimat (choc tylko autor wie jak było naprawdę)
dzięki
“Bierzemy paliwo na oba odcinki, w Zurychu jest ono tańsze więc się opłaca: na każdej tonie zysk kilkudziesięciu dolarów.”
widze rowniez minusy…
Mógłbyś może rozwinąć swoją wypowiedź, bo za dużo z niej nie wynika… tym bardziej, że ja zbytnio owych minusów nie widzę…
1. wiecej paliwa w baku=ciezszy samolot=wiecej spala
2. wiecej paliwa w baku = wiecej czasu potrzebne na ‘wypalenie’ (w sytuacji emergency)
3. wiecej paliwa=ciezszy samolot=wieksze predkosci startu/ladowania
4. … =dlusza groga hamowania
To niestety nie do końca jest tak jak Ty mówisz.
Rzeczy, które Ty podajesz, to czynniki, które należy uwzględnić przy tzw. ECO FUEL (czyli w sytuacji kiedy zabieramy więcej paliwa) a nie minusy, gdyż takowymi nie są.
Kiedy pisałem, że jest zysk kilkudziesięciu (a nieraz nawet kilkuset) dolarów na tonie paliwa, to rzecz jasna kwestia większego spalania jest już uwzględniona a zysk jest netto. Ergo, co do Twojego punktu nr 1, to mimo wszystko to się opłaca; a w dzisiejszych czasach ważne jest by linia lotnicza także zarabiała i szukała oszczędności tam gdzie się da.
Co do drugiego punktu: nie ma konieczności ‘wypalania’ tego paliwa, bo po co? Jak coś się dzieje, to idziemy lądować; w najgorszym przypadku będziemy albo MLM (Max Landing Mass) albo trochę ponad i wtedy jest tzw. overweight landing… ale kogo to obchodzi w przypadku Emergency – wtedy się liczy czas.
Punkt trzeci i czwarty: tutaj masz rację. Ale co z niej wynika? Są większe prędkości i już. A droga hamowania jest nieznacznie większa… my tutaj mówimy o samolotach krótkiego dystansu, więc ten ECO FUEL był rzędy wielkości ok. 5-7 ton… to nie są dziesiątki ton paliwa jak w przypadku samolotów dalekodystansowych.
Dziękuję za komentarz,
pozdrawiam,
piotr
Alpy z tej wysokości nabierają innej perspektywy, takie małe się wydają i “łatwe”.
Gratuluję ujęć
piękne widoki, rozleniwiające
I w opisie dało się czuć lekko leniwy, pełen odprężenia klimat (choc tylko autor wie jak było naprawdę)
dzięki
+1
Piciu, Ty to masz życie
Ale nie zamieniłbym swojego na Twoje, mimo to.
Ciao! M.
a ja tak, har har har
Spełniałam swoje marzenia w tym roku
Robiłam zdjęcia z kokpitu nad Himalajami
a leżąc na plaży w Antibes, liczyłam lądujące samoloty w Nicei
9 razy startowałam i 9 razy lądowałam
Duży szacunek kapitanie
Pasażerka
Sprawianie przyjemności psychice napełnia radością i energią, daje poczucie sensu i cel
życie pasją jest łatwiejsze
Dziękuję za miły komentarz; cieszę się, że miło spędziłaś czas
Życzę wielu innych przyjemnych chwil, pzdr.
Czekamy na kolejne wpisy!
Pozdrawiam.