Nasz rumak

Nasz rumak. To on nas dzielnie woził po Europie

Pięknie było! A jak ten czas szybko minął – niedawno jeszcze staliśmy w Grenchen na płycie, gotowi do odlotu na południe, a tu już kolejny, przedostatni tydzień latania w tym roku zbliża się ku końcowi.

Przeleciałem sam 640 km,  a razem, kiedy to koledy siedzieli za sterami pewnie jakieś 2.000 km. Cóż mogę powiedzieć: było wspaniale! Było ciepło! I owa myśl, która nam towarzyszyła często: jak to taki mały samolocik skraca dystans. Jak sprawia, że człowiek startując w Grenchen w Szwajcarii, już po 3 godzinach jest nad Morzem Śródziemnym. A startując w Cannes po niecałej półtora godzinie ląduje na pięknej wyspie Korsyce… niesamowite!

Mont Blanc

Mont Blanc

Nasze wojaże rozpoczęliśmy w poniedziałek 26. października rano. Wpierw należało wyhangarować i przygotować samoloty, potem zatankować je bezcłowo, następnie nadać plany lotu, zapakować samolot i ruszyć. I tak udało nam się wystartować około godziny 10:30 biorąc kurs na pierwsze lotnisko na naszej trasie tego dnia: Grenoble we Francji. Pogoda nam sprzyjała, widoczność była  dobra i tak zmierzaliśmy powoli ale konsekwentnie  wzdłuż Alp, z widokiem na Mont Blanc. Lądowanie w Grenoble (LFLS) spokojne, na lotnisku panuje spokój, widać nowy ładny terminal.

Nasz ulubiony widok :-)

Nasz ulubiony widok 🙂 Tutaj w Grenoble

Jak się dowiadujemy, większość ruchu tutaj jest w zimie, na sezon narciarski, stąd lotnisko jest takie opustoszałe. Płacimy opłatę za lądowanie, zmiana za sterami i dalszy odcinek, do Montpellier leci kolega. Lot mija spokojnie, choć krajobraz się zmienia: jest bardziej płasko a na horyzoncie widać morze – widok, którego dotychczas nie doświadczaliśmy. Trasa wiedzie nas wzdłuż lotniska Orange. Jest to o tyle istotne i ciekawe, że Francja trzyma tam swoje bombowce atomowe (tak mi powiedziano) i stąd francuscy kontrolerzy są bardzo ostrożni i rygorystyczni. Zbliżając się do Montpellier, naszym oczom ukazują się coraz to piękniejsze widoki: połyskujące lazurowe morze, pola do wydobywania soli o charakterystycznej, purpurowej barwie a także flamingi, broczące i kąpiące się… Cudownie!

Naszym oczom ukazało się Morze Śródziemne

Naszym oczom ukazało się Morze Śródziemne

Na prostej do pasa widzimy czekający Airbus linii Air France – widać, nasz duży kolega z pasażerami na pokładzie musi poczekać aż my wylądujemy – tutaj my mieliśmy priorytet :-).

Montpellier - my mamy priorytet, Airbus Air France czeka

Montpellier - my mamy priorytet, Airbus Air France czeka

W Montpellier (LFMT) najbardziej zaskakującą niespodzianką jest dla nas… temperatura! Jest ciepło, nie to co w zimnej Szwajcarii – świeci słońce a termometr wskazuje 22 stopnie Celsjusza… wspaniale! Tankujemy ponownie samolot, mamy kontakt z żywym francuskim językiem, płacimy opłatę za lądowanie i za sterami siadam ja 🙂 Przed nami lot do Cannes, wzdłuż wybrzeża lazurowego. Jak się miało okazać, lot ów był wyjątkowy: obfitował w piękne widoki, tym piękniejsze, że lecieliśmy bardzo nisko: ok. 600-1000 stóp nad ziemią, czyli jakieś 200-300 m. Pierwszy raz w swojej młodej karierze miałem możliwość lecenia tak nisko. A było to spowodowane m.in. strukturą powietrzną i kontrolowanymi obszarami nad nami; choć myślę, że ta routa tranzytowa została tak nisko zaplanowana także po to, by osoby lecące tędy mogły nacieszyć się widokami! Nawigacja choć inna, z innego punktu widzenia, to raczej nieskomplikowana: punkty meldunkowe to były zazwyczaj latarnie na cyplach czy charakterystyczne półwyspy, wyspy itp. Zachodzące słońce tylko dodawało i wzmacniało barwy, silnik miło sobie mruczał, tankowce i niezliczone żaglówki mijały nas pod spodem… a my spokojnie zmierzaliśmy do naszego ostatniego na ten dzień lotniska, do Cannes (LFMD). Podejście do lądowania znad morza, kontroler poprosił mnie, bym jako kolejny punkt zgłosił przecięcie linii brzegowej – nie na codzień mamy do czynienia z takim punktami meldunkowymi przy lądowaniu 🙂 Lądujemy, kołujemy, zabezpieczamy samolot, i znużeni choć szczęśliwi zmierzamy do hotelu. Tam się przebieramy, odświeżamy i podążamy do centrum na – jak się miało okazać – dobrą kolację! Jutro kolejny dzień, i zmęczeni zasypiamy o 23.00…

Pobudka o 6.30, śniadanie i przygotowujemy samolot: Tankujemy, myjemy szyby i ruszamy… przez morze na Korsykę. Lot jest o tyle ciekawy, że jedyną pomocą nawigacyjną jest GPS oraz radionawigacja. I tak, gdzieś nad błękitem, który jest przed nami, za nami, pod nami i z boku: zgłaszamy kontrolerce „fikcyjny” punkt meldunkowy LERMA (fikcyjny, gdyż była to plamka na GPSie a w rzeczywistości punkt w morzu), zmieniamy kurs i podążamy dalej na południe.

Gdzie nie spojrzeć - błękit

Gdzie nie spojrzeć - błękit

Choć jak okiem objął tylko woda, to na horyzoncie widzimy wyraźnie wysokie góry Korsyki. W miarę jak się zbliżamy, góry stają się coraz wyższe i wyraźniejsze, a my powoli rozpoczynamy zniżanie.

Korsyka

Korsyka

Naczym oczom ukazuje się linia brzegowa Korsyki, piękne widoki, zielone góry a wśród nich, tak przez nas lubiany widok pasa startowego 🙂

Ten widok ma coś w "sobie" :-)

Ten widok ma coś w "sobie" 🙂

Będąc już na ziemi standardowa procedura: płacimy, tym razem nie tankujemy, gdyż zostało nam wystarczająco paliwa w zbiornikach, robimy zdjęcia i po chwili znów jesteśmy w powietrzu… żegnamy się z Korsyka. Aż człowiekowi żal się robi, że nie można zostać chwili dłużej, poznać i zwiedzić trochę owej wyspy na morzu… cóż, jesteśmy tu by latać i się uczyć, a nie by zwiedzać.

Żegnamy się

Żegnamy się

Powrót mija spokojnie i po dłuższej chwili lądujemy w Marsylii, dużym lotnisku międzynarodowym (LFML). Nasz samolocik, w porównaniu z wielkimi pasażerskimi samolotami wygląda jak mucha; kołujemy do parkingu, czekamy na ciężarówkę z paliwem a w międzyczasie idziemy opłacić – słoną, rekordową, jak się miało okazać – opłatę za lądowanie… 70 EUR! Marsylia posiada dwa wielkie pasy, startujemy z prawego, przecinamy oś lewego i, ponownie na wysokości 700 stóp lecimy wzdłuż wybrzeża do Perpignan, na południu Francji. Przed nami zachodzące Słońce, z boku połyskujące morze, a po naszej prawej linia brzegowa z hotelami, luksusowymi wiliami, basenami. Po drodze mijamy się z dwoma helikopterami, na które nam miły francuski kontroler zwrócił dodatkowo uwagę. Co sympatyczne, często Francuzi, na koniec wypowiedzi dodawali słówko „Sir” i tak np.: „Contact Perpignan Information on 120,725.  Have a nice flight, Sir!” 🙂

Cieszyłem się, że to ja mogłem lecieć ten odcinek, gdyż w dzieciństwie miałem okazję być w okolicy Perpignan, na wakacjach nad morzem. Miło sobie wrócić w miejsce, gdzie się kiedyś było; a kto by pomyślał, że nastąpi to po tylu latach i to samolotem 🙂 Lądujemy, zostawiamy samolot na parkingu, obok zasłużonych weteranów: kilkunastoletnich maszynach, porozbieranych z części, silników, bez drzwi i wielu innych… taki smutny, melancholijny widok…

Cmentarz zasłużonych

Cmentarz zasłużonych

Zmierzamy do hotelu a następnie na kolację do miasta. Wchodzimy do pizzerii i natykamy się na chyba nieprzychylny wzrok kelnerki – wszak to Francuzi na kolację przychodzą dopiero po 19.30, koło 20.00, a my jesteśmy tuż po 19.00! Ale zostajemy obsłużeni i jemy pyszną pizzę! Po kolacji coś nam w niesmak jest szybki powrót do hotelu, zatem zmierzamy na jeszcze jedno piwo do knajpki. Nota bene, miasto opustoszałe, po sezonie, więc nie tak szybko i łatwo było nam znaleźć otwarte miejsce. Ale za pomocą miejscowych docieramy w końcu 🙂 I tak mija dzień drugi.

Trzeci dzień rozpoczynamy od śniadania, po czym ruszamy na lotnisko. Tego dnia pierwszy lecę ja, choć nieznana nam jeszcze trasa, gdyż kierownik wyszkolenia chcę się zapoznać z sytuacją meteorologiczną. W związku z tym nie mamy przygotowanych planów nawigacyjnych. Po rozeznaniu się pada na Avignon (LFMV) – który przyjmuję z uśmiechem, gdyż i tam miałem okazję być i spędzić miło czas – oraz znany nam już Lyon Bron. Na dodatek lot ten ma się odbyć z wyłączonym GPSem oraz bez żadnych pomocy radionawigacyjnych; wyłącznie z mapą, kompasem i zegarkiem. Nawet kursów na mapie nie możemy sobie wyliczyć, mamy je brać na oko i lecieć. Chodzi o to, byśmy umieli nawigować i odnajdywać się wyłącznie za pomocą mapy, porównując to co widzimy z tym co jest na mapie. Jakoś szczęśliwie docieramy 🙂 do Millau, gdzie znajduję się słynny most Millau projektu Normana Fostera. Poniższe zdjęcie dobrze pokazuje, jak gorączkowo wszyscy robiliśmy zdjęcia 🙂

Zaraz, zaraz... jak obydwoje z przodu fotografują, to kto leci...?

Zaraz, zaraz... jak obydwoje z przodu fotografują, to kto leci...?

A oto sam most:

Most Millau

Most Millau

Lądowanie w Avignonie trochę inaczej niż zawsze, bo bez pomocy GPSu i bez możliwości przygotowania się do lotu, odnajduję lotnisko dość późno, dodatkowo utrudnione przez lekką mgiełkę. Pomaga mi instruktor, naprowadzając mnie na właściwy kurs i lądowanie mija już spokojnie 🙂 Ponowna zmiana załogi i kolega „wiezie” nas do Lyonu; tam tankujemy po czym udajemy się na nasz ostatni odcinek tej 3 dniowej wyprawy, z powrotem do Grenchen… aż żal wracać.

Avignon: most oraz pałac papieski

Avignon: most oraz pałac papieski

Ale za to widoki piękne, góry i jeziora oświetlone przez popołudniowe słońce, powietrze spokojne i łagodne; i tak ów lot mija nam w zadumie i w towarzystwie basowego pomruku silnika, podziwiając po cichu, w zaciszu własnych myśli, piękno naszej Ziemi…

Flying. Swiss made. Piotr

...

...

P.s. Więcej zdjęć na Picasie.

Reklamy

540 km

24 października 2009

Chmury

W naszym programie szkoleniowym jest jeden lot figurujący pod tytułem: Cross Country Flight 540 km. Lot nawigacyjny o takiej długości musimy wykonać i w tym celu w przyszłym tygodniu lecimy na 3 dniowy „rejs” 🙂 Lecimy razem, nie w pojedynkę a w czwórkę, tzn. trzech uczniów i instruktor. A że jest nas dziewiątka, więc lecimy w trzy samoloty (w tej fazie lotniczej, F3, nasza klasa została podzielona na dwie części: jedna połowa wróciła do Zurichu na teorię, drugą połowa (w tym ja) latamy dalej).

Wracając z Genewy

Wracając z Genewy

Ruszamy w poniedziałek rano, o 7:00 musimy już być na lotnisku, by była szansa wylecieć ok.  godziny 10:00. Wszak trzeba przygotować samolot, zatankować go bezcłowo (papierki), zbadać sytuację meteorologiczną itp. A do dochodzi zmiana czasu. Wpierw lecimy do Grenoble we Francji, następnie zmiana pilotującego i dalej do Montpellier. Ostatni, trzeci odcinek tego dnia, lecę ja: z Montpellier do Cannes: zapowiada się piękny lot, wzdłuż wybrzeża lazurowego i to na wysokości ok. 700-1000 stóp nad ziemią – to ze względu na strukturę przestrzeni powietrznej. Nocleg w Cannes i następnego dnia rano do Calvi na Korsyce 🙂 – półtora godziny lotu nad Morzem Śródziemnym. W Calvi tankujemy i wracamy do Marsylii. Znów przesiadka, ja za sterem i lecimy do Hiszpanii, do Sabadel koło Barcelony. I znów wzdłuż pięknego wybrzeża. Nocleg w Sabadel po czym trzeciego dnia ruszamy do domu – ale nie  znana jest mi jeszcze trasa, wszystko zależy od pogody.

Jak widać, zapowiada się ciekawa rotacja. Ze względu na maksymalną masę startową oraz możliwości załadowcze naszego samolociku, należy do minimum ograniczyć bagaż, zatem: szczoteczka do zębów, koszulka na zmianę, bielizna, mapy, ploter do pomiaru kursu na mapie, plany nawigacyjne, portfel… koniec. Trza się zmieścić w 5-7 kg na osobę. Bo im więcej bagażu, tym mniej możemy zabrać paliwa. Pragnę dodać, że w naszej drużynie jest jedna kobieta… zupełnie nie mam pojęcia jak ona sobie poradzi 🙂 A gdzie trzy pary butów i sukienka wieczorowa na wieczór w Cannes :-)?

Zdjęcia i relacje z podróży jak wrócę.

A zeszły tydzień – minął spokojnie, choć równie ciekawie. W poniedziałek „nic specjalnego”: lot w okolicach Grenchen, Berno, Genewa. Środa to już lepiej, gdyż do Lyonu we Francji. A w czwartek to Niemcy południowe: Donaueschingen i Freiburg.

Lac de Gruyere

Lac de Gruyere

Nieprawdaż, że Świat jest mały 🙂

Flying. Swiss made.

Piotr

P.s. Zdjęcia zamieściłem tutaj by było kolorowo. Są to zdjęcia z minionego tygodnia. Z najnowszej wyprawy niebawem na Picasie.

Szwajcaria z lotu ptaka

11 października 2009

Nic dodać, nic ująć
Nic dodać, nic ująć

Koniec fazy lotniczej F2… niesamowite jak szybko ten miesiąc minął.

Choć może nie ma się co dziwić, zważywszy na nabity program, ilość lotów; no i jeszcze sprawy prywatne itp. To wszystko skutkowało w dłuższej niż zazwyczaj przerwie w publikowaniu nowych wpisów na blogu. Postaram się to nadrobić, pisząc teraz trochę obszerniej a przede wszystkim zamieszczając dużo zdjęć. Skąd taka ilość tych zdjęć – o tym zaraz.

W poprzednim wpisie informowałem o zaliczonym już pierwszym locie samodzielnym (dla wyjaśnienia, bo może to nie jest dla wszystkich zrozumiałe: samodzielny oznacza, że byłem zupełnie sam w ‘sterowni’ i w 100% odpowiadałem za każdy, nawet najmniejszy ruch samolotu 🙂 Samodzielnie startowałem, leciałem, lądowałem i nadawałem :-).

Kolejnym punktem w programie nauki były loty nawigacyjne: planowanie trasy, obliczanie dystansu i kursu pomiędzy punktami jak i potrzebnej ilości paliwa na lot (wraz z przepisowymi rezerwami).

No i oczywiście następnie należało wykonać ten lot, wedle poznanej sztuki lotniczej, nawigując w terenie jedynie za pomocą zegarka, kompasu i mapy oraz wizualnie określanej pozycji (rozpoznając dane miasta, rzeki, rzeźbę terenu, maszty antenowe, kominy elektrowni atomowych etc.). Należało zachować odpowiedni dystans do chmur (a także do ziemi :-), mieć baczność na pogodę i jej ewentualne zmiany oraz – co najważniejsze – pilnować przestrzeni powietrznej by uniknąć ew. kolizji z innym statkiem powietrznym. Jak to określił nasz instruktor (posiadający ponad 11.000 godzin nalotu na samolotach jednosilnikowych): inny samolot właśnie wtedy nadleci, kiedy najmniej się tego spodziewamy bądź w tym właśnie momencie śledzimy akurat trasę na mapie. Oraz dodał: największym zagrożeniem dla nas jest nie pogoda, nie brak paliwa czy usterka ale możliwość kolizji. Stąd dużą część naszej uwagi należy poświęcić śledząc przestrzeń a także wsłuchując się w komunikację, gdyż w ten sposób możemy sobie już wcześniej stworzyć obraz gdzie kto kiedy jest.

Orzeźwiająca Coca-Cola w Locarno, pod palmami...

Orzeźwiająca Coca-Cola w Locarno, pod palmami...

Drugą bardzo istotną sprawą jest przestrzeganie zasad a co się z tym wiąże: kontrolowanie w jakiej przestrzeni się znajdujemy i do której zmierzamy. Największym błędem sztuki lotniczej (choć jest ich pewnie wiele) to wlot w kontrolowaną przestrzeń lotniczą bez zezwolenia! Grozi to nawet utratą licencji a na pewno poważnymi konsekwencjami oraz obszernym i nieprzyjemnym listem z Berna (gdzie mieści się urząd lotnictwa, tzw. BAZL). Może to się wydaje banalną sprawą, ale pragnę dodać – choć jest to dla wszystkich oczywiste – że samoloty poruszają się w przestrzeni trójwymiarowej. A to oznacza, że możemy wlecieć w kontrolowaną przestrzeń od doły bądź góry, a nie tylko z boku! (nie zachowując np. odpowiedniej wysokości itp.).

Nie chcąc się teraz zbytnio rozpisywać nad tematyką przestrzeni oraz prawa lotniczego (postaram się wrócić do tego w osobnym wpisie) powiem tylko tyle: przestrzenie mamy kontrolowane i niekontrolowane. Jak sam nazwa wskazuje, w tej pierwszej „cały” ruch (słowo ‘cały’ w cudzysłowie, bo też nie zawsze tak musi być) jest kontrolowany, inaczej koordynowany. Kontroler odpowiada za separacje samolotów i należy go słuchać, a chcąc zejść niżej bądź wejść wyżej, należy wpierw to z nim uzgodnić i otrzymać odpowiednią zgodę. I stąd naruszenie kontrolowanej przestrzeni (którą jest np. tzw. CTR czyli strefa „ochronna” wokół lotniska) grozi tak poważnymi sankcjami gdyż wpływa to na bezpieczeństwo całego ruchu lotniczego.

Najpiękniejsza z gór - Matterhorn
Najpiękniejsza z gór – Matterhorn

Czyli innymi słowy: mieliśmy pełne ręce roboty nawigując po Szwajcarii, lecąc (bo jak to mówi nasz szef wyszkolenia: w lataniu najważniejsze jest latanie!), a na dodatek lecąc poprawnie, według obowiązujących procedur, rozmawiając z kontrolerami, załatwiając ew. zgody na przelot, pilnując czasu, ilości paliwa, kontrolując pracę silnika, a także pogody! No przecież – latanie to czysta przyjemność. I to prawda. O czym niech świadczą kolejne akapity oraz zamieszczone zdjęcia.

I tak, przez ostatnie dwa tygodnie zlecieliśmy praktycznie całą Szwajcarię, i w tym krótkie czasie poznałem ten mały, ale zróżnicowany i piękny kraj. Z ciekawszych lotnisk, które odwiedziliśmy mogę wspomnieć o Samedan [wymowa: Samadn] – najwyżej położone lotnisko w Europie (5’600 stóp n.p.m). Lotnisko położone w malowniczej dolinie, wymaga wprowadzenia do lądowania na lądowiskach górskich. Ale co najistotniejsze: należy wziąć pod uwagę duże gorsze osiągi silnika na tej wysokości (im wyżej, tym mniejsze ciśnienie czyli rzadsze powietrze (czyli mniej powietrza w powietrzu) a co za tym idzie „mniej” powietrza dociera do silnika i gorszy proces spalania i gorsze osiągi. Ergo: samolot wznosi się baaardzo powoli (naprawdę powoli!), a że jesteśmy w górach, należy zdobyć wpierw rozsądną wysokość na dalszy lot. Mając okazję startowania na tym lotnisku, musiałem najpierw wykonać jeden krąg lotniskowy by zdobyć wysokość, następnie polecieć na zachód (ponownie, by zdobyć kolejne stopy wysokości), a następnie zawrócić i polecieć już we właściwą, zamierzoną stronę.

Samedan, 5'600 stóp n.p.m.
Samedan, 5’600 stóp n.p.m.

Jeszcze jedna ciekawostka: stojąc już na pasie, będąc gotowym do startu, stajemy na hamulcach, dajemy pełną moc i „miksujemy” czyli dobieramy mieszankę paliwową (stosunek paliwa do powietrza: na tej wysokości, jako że jest rzadsze powietrze, należy zmniejszyć, czyli zubożyć mieszankę: zmniejszyć ilość paliwa docierającą do silnika, by mieszanka była optymalna, a co za tym idzie: osiągi jak największe.) Dopiero kiedy mieszanka właściwa, puszczamy hamulce i rozpędzamy się.

Inne ciekawe lotniska, które miałem okazję odwiedzić: Lozanna, Yverdon, Sion, Saanen, St. Gallen nad Jez. Bodeńskim, Locarno (rosły palmy; ciepłe południe i swoisty mikroklimat; nota bene tam mieście się tama jeziora zaporowego, z którego skakał James Bond w filmie „Goldeneye”) i Genewa. W Genewie po raz pierwszy zetknęliśmy się z dużym międzynarodowym lotniskiem. Ciekawe to było doświadczenie, miło było posłuchać na tej samej częstotliwości komunikacji wieży z dużymi samolotami komunikacyjnymi a także zdanie skierowane do nas brzmiące około tak: „za nadchodzącym Airbusem A319, możecie podchodzić do lądowania „:-) Bezcenne!

Saanen - podejście do lądowania nad małym uroczym miasteczkiem, otoczonym górami
Saanen – podejście do lądowania nad małym uroczym miasteczkiem, otoczonym górami

Załączam kilka zdjęć; jak ktoś ma ochotę na większą ilość zdjęć zapraszam na Picasę:

Zdjęcia Picasa

Czas leci, a ja już mam za sobą pierwszy tydzień fazy F3: przede mną (za jakieś 3 tygodnie) egzamin na licencję PPL, samodzielny lot nawigacyjny po Szwajcarii (270 km) oraz lot 540 km (ale to już w czwórkę): Avignon – Francja, Barcelona, Cannes może Korsyka. Koniec fazy lotniczej F3 – tym samym koniec latania VFR i koniec latania na ten rok kalendarzowy – planowany jest na 6.11.2009 r. Potem: zasłużone ferie: Witamy w Polsce! I to na całe 10 dni 🙂

*
*

Jaka jest ulubiona piosenka Pierwszego Oficera?

„I believe I can fly”

A Kapitana?

„Money for nothing, chicks for free”

Flying. Swiss made.

Piotr