Sun and Fun Lakeland

26 kwietnia 2010

Kolejny tydzień minął, kolejne wrażenia i godziny spędzone w samolocie za mną. Ale zanim nastał nowy tydzień, wpierw nastał weekend 🙂

Jak to na Florydzie, pogoda zbytnio zmienia nie jest :-), niebo jest niebieskie a temperatura przyjemna, zachęcająca do przebywania na zewnątrz czy do kąpieli w morzu (a raczej oceanie) bądź leżeniu na plaży. Nie mniej bądź jednak w sobotę wybraliśmy się do Lakeland, jakieś półtorej godziny jazdy od Vero Beach by obejrzeć pokaz lotniczy – Sun and Fun 2010. Osobiście nigdy wcześniej nie byłem na pokazie lotniczym, stąd ochoczo się zabrałem.

Podróż minęła spokojnie, choć muszę przyznać, że jazda po amerykańskich drogach może być nudnawa: dużo krajobraz się nie zmieniał, wszystko płaskie, szerokie ulice, trochę samochodów. Choć powoli przyzwyczaiłem się już do amerykańskich szerokich dróg, wielkich samochodów itp.

 

W drodze do Lakeland (tutaj akurat wąski kawałek drogi)
W drodze do Lakeland (tutaj akurat wąski kawałek drogi)

Na pokazie można się było zetknąć z różnymi ciekawymi okazami obiektów latających:

To też lata :-)
To też lata 🙂
Żyrokopter?
Wiatrakowiec?
Samolot "zapomnialem-jak-to-typ"
Samolot „zapomnialem-jak-to-typ”

Największe wrażenie zrobił na nas pokaz myśliwca F/A-18, choć niestety nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia. Począwszy od imponującego startu, pokazującego moc tego samolotu (zaraz po oderwaniu się od ziemi, ustawił się niemal pod kątem 60 do horyzontu… i dalej się wznosił!) aż po robiące wielkie wrażenie manewry, ostre zakręty i wiele więcej. Co mi jednak najbardziej utkwiło w głowie, to zobaczenie na własne oczy, wokół skrzydeł oraz kadłubu samolotu – przelatującego z prędkością zbliżoną do prędkości dźwięku – charakterystycznego halo zbudowanego z skondensowanych drobinek wody powstałych z gwałtownego spadku ciśnienia z powodu zbliżania się do prędkości dźwięku (tzw. obłok Prandtla-Glauerta). Więcej informacji – oraz zdjęcie ukazujące ten obłok – proszę kliknąć na link podany w zdaniu wcześniejszym.

F/A-18 Superhornet
F/A-18 Superhornet
Piraci powietrzni
Piraci powietrzni
A raczej piratka
A raczej piratka
C-17 Globemaster
C-17 Globemaster
DC-3
DC-3

Głównym punktem programu miał być pokaz grupy akrobatycznej Thunderbirds. Z małym opóźnieniem wystartowali i mogliśmy być świadkami niektórych bardziej i mniej ciekawych figur. Największe wrażenie robiły oczywiście figury zespołowe; chociaż najbardziej zapamiętam pewnie moment, kiedy niespodziewane jeden z myśliwców, z włączonymi dopalaczami, z ogromnym hukiem przeleciał nisko nad nami. Może nic wielkiego, ale wszyscy się wystraszyli i skulili w sobie, a to z tego powodu, iż nikt się go tam nie spodziewał. Myślę, że był to punkt programu starannie wyreżyserowany 🙂 gdyż prowadząca pokaz poprosiła w pewnym momencie publiczność by szczególnie się przyjrzała formacji, jaką wykonywali pozostali członkowie. A nikt z nas oczywiście nie zadał sobie pytania gdzie się podziewa 6. myśliwiec, aż do momentu gdy nad nami  przeleciał. Choć było naprawdę głośno i wszyscy się wystraszyli, skulili to i tak uważam, że była to udana niespodzianka, ale już na granicy 🙂 Huk i wibracje czuć w całym ciele, można sobie wyobrazić co za moc siedzi w tych maszynach (Thunderbirds latają obecnie na F/A-16).

W charakterystycznym układzie Diamenta
W charakterystycznym układzie Diamenta
Lusterko
Lusterko
Na tle C-17 Globemaster
Na tle KC-135 (w środku też byliśmy, można się było nawet „położyć” w stanowisku operatora obsługującego sprzęt służący do tankowania myśliwców w powietrzu)

I tak, nawet nie obejrzawszy się, minął nam dzień. Jakby nie spojrzeć, znów pod znakiem samolotów. Ale za tydzień planujemy się wybrać do centrum kosmicznego 🙂

Flying. Swiss made.

Piotr

Reklamy

Czas szybko leci – już minęły prawie dwa tygodnie, od kiedy jestem na Florydzie, minął pierwszy tydzień lotów i czas najwyższy podsumować ten czas.

Główna płyta w Vero Beach
Główna płyta w Vero Beach

Pokrótce: Ameryka to kraj stworzony dla latania! Setki lotnisk, przestrzeń powietrzna jest bardziej „otwarta” i przyjazna dla użytkowników, bez większych zamkniętych czy kontrolowanych obszarów. Paliwo jest raczej tanie, godzina samolotu także, pogoda piękna (choć zbliża się okres burz) a kraj płaski, średnie wzniesienie to ok. 20-40 stóp nad poziomem morza. No dobrze, ciekawiej może jest jak jest większe urozmaicenie ale taka płaska powierzchnia też ma swoje zalety: ‚zawsze’ jest gdzie wylądować w razie „W”, kręgi lotniskowe są praktycznie zawsze na tej samej wysokości 1’000 stóp a poza tym mamy szerokie pole widzenia.

Nierzadko lotnisko posiada 2 lub 3 betonowe pasy startowe, o przyzwoitej długości, nieraz dłuższe i szerze niż te szwajcarskie… a to przecież raczej „małe” lotniska regionalne, bez większego ruchu… Poniżej Vero Beach i jego 3 pasy:

Vero Beach, KVRB
Vero Beach, KVRB

W pierwszym tygodniu jeszcze nie lataliśmy, mieliśmy tylko wykłady teoretyczne, a to ze względu na fakt, że nie było naszych Training Supervisor’ów, a bez nich nie wolno nam zacząć latać. I tak zapoznawaliśmy się z amerykańską przestrzenią powietrzną, z naszym samolotem, na którym mieliśmy wykonywać loty, pogodą, serwisami pogodowymi, geografią Florydy itp. Czas szybko mijał a my i nasz organizm powoli przyzwyczajaliśmy się do przesunięcia czasowego.

Miami Sectional, w górnej prawej części Vero Beach
Miami Sectional, w górnej prawej części Vero Beach

Pierwszy lot w poniedziałek 12. kwietnia: muszę szczerze przyznać, że z podekscytowaniem a także z lekkim niepokojem myślę o zbliżającym się locie: nie leciałem od ponad 5 miesięcy i zastanawiam się jak to będzie… Ale na szczęście lot dobrze mi poszedł, sam jestem z siebie bardzo zadowolony.

:-)

🙂

Nic się nie zmieniło: jak się pcha ster, to drzewa robią się większe, a jak się ciągnie ku sobie, to drzewa stają się mniejsze 🙂 Czyli tak jak było. Pierwszy lot ma na celu zapoznanie nas z geografią wokół lotniska, zapoznanie z nowym samolotem (lataliśmy na innym, też Piperze, ale o  mniejszej mocy silnika, bez chowanego podwozia, bez możliwości regulacji skoku śmigła). Ale samolot obsługuje się naprawdę dobrze, dużą satysfakcję daje możliwość regulacji śmigła a przede wszystkim nowa „wajcha” w kabinie: GEAR LEVER czyli możliwość chowania podwozia 🙂 Taka drobna rzecz a tak cieszy… czemu? hmm, ciężko to wytłumaczyć; zbliża nas to chyba do tego profesjonalnego świata, wszystkie te duże też mają chowane podwozie 🙂

Piper Arrow PA-28R

Piper Arrow PA-28R

Szkoła Flight Safety International jest renomowaną szkołą (raczej powinienem powiedzieć fabryką, ale o tym zaraz) lotniczą posiadającą wiele ośrodków w USA szkolących zawodowych pilotów. Oddział Vero Beach posiada jakieś… 70! samolotów, jak się patrzy z powietrza to cała główna płyta postojowa jest „biała” od samolotów 🙂 Miesięcznie te wszystkie samoloty robią około 4’700 – 5’000 godzin; celem na 2010 rok jest nabicie 60’000 godzin… czyli 5’000/miesiąc. Mówiłem: fabryka! Obecnie studentów jest tutaj kilkaset, głównie z Chin i Azji: kilka linii lotniczych tutaj właśnie posyła swoich przyszłych pilotów na szkolenie praktyczne by w tym ośrodku zdobywali odpowiednie uprawnienia i latali. Zatem codziennie mijamy się z Chińczykami, Niemcami, Amerykanami, nieustannie prawie słychać warkot silników oraz widać ladujące i startujące samoloty. A kontroler na wieży ma pełne ręce roboty, czego potwierdzeniem jest prędkość z jaką mówi…

Flight Safety International, Vero Beach

Flight Safety International, Vero Beach

Motto szkoły: „The best safety device in any aircraft is a well-trained crew”™.

Nasz dzień rozpoczyna się pobudką ok. 5:30-5:45 rano, następnie jeden z nas (zazwyczaj osoba, która jako pierwsza leci tego dnia, a latamy w czwórkę: trzech uczniów+instruktor) idzie przygotować samolot: odebrać klucze i papiery oraz zrobić przegląd przed odlotem. Pozostałe dwie osoby zbierają dane pogodowe, czytają NOTAMy (Notice to Airmen) i czytają o ograniczeniach obowiązujących w danym dniu. Następnie, o 7.30 briefing z instruktorem po czym idziemy do samolotu. Wpierw lecimy do Okeechobee (czyt.: Ołkiczołbi), tam kilka ćwiczeń w powietrzu, 2 kręgi lotniskowe i dalej do Sebring. Tam mały obiad, zmiana załogi, teraz lecę ja w trasę powrotną. I tak mija dzień pierwszy, wszyscy są zadowoleni.

Trzeciego dnia lecimy na tzw. Cross Country, lot jest lotem dłuższym.  Lecimy na zachodnie wybrzeże, po drodze zahaczając o Immokalee, Naples i lądując w Sarasota (KSRQ).

Touch 'n Go w Naples (KAPF)

Touch 'n Go w Naples (KAPF)

Jest piękna pogoda, gorąco a pod nami rozpościera się słoneczna Floryda, gaje pomarańczowe oraz błękitne morze… zadajemy sobie pytanie czy my tu jesteśmy dla nauki czy na wakacjach…? 🙂

Zachodnie wybrzeże Florydy

Zachodnie wybrzeże Florydy

Venice

Venice

W Sarasota jesteśmy zaskoczeni wspaniałym serwisem i obsługą: szybko tankują samolot, możemy chwilę odpocząć w lounge dla pilotów, do wyboru za darmo napoje oraz słodycze, a także – pożyczają nam samochód, którym jedziemy do miasta by coś zjeść. Na szczęście wszystko tu klimatyzowane, bo jest gorąco…

Gorąco

Gorąco

Jedziemy do miasta... dziękujemy Rectrix Sarasota

Jedziemy do miasta... dziękujemy Rectrix Sarasota

Piper Arrow PA-28R... tutaj w Sarasota KSRQ

Piper Arrow PA-28R... tutaj w Sarasota KSRQ

Mimo drobnych różnic i nie do końca standardowej frazeologii ICAO stosowanej w USA, staram się od początku starannie słuchać i samemu w pełni komunikować z kontrolerami 🙂

Słucham pilnie

Say again 🙂

I tak nam minął pierwszy tydzień; w czwartek ćwiczyliśmy jeszcze kręgi lotniskowe w Sebastian i Valkaria, a piątek mieliśmy tylko krótki briefing nt. lotów nocnych (zaczynamy je w przyszłym tygodniu, już nie mogę się doczekać!). Z reguły mamy latać 4 dni w tygodniu, jeden jest rezerwowy oraz przewidziany na tzw. long briefings, czyli dłuższe sesje teoretyczne. Na zakończenie jeszcze kilka zdjęć z płyty postojowej:

Piper Seminole PA-44

Piper Seminole PA-44

Na tym będziemy latać za 3 tygodnie :-)

Na tym będziemy latać za 3 tygodnie 🙂

...

...

November niner-two-two-eight-xray

November niner-two-two-eight-xray

zachodzące Słońce... (o tej porze u Was jest 01:00 w nocy...)

zachodzące Słońce... (o tej porze u Was jest 01:00 w nocy...)

Flying. Swiss made.

Piotr

„To invent an airplane is nothing. To build one is something. To fly is everything.” Otto Lilienthal

ZRH-MUN-MIA-VRB

13 kwietnia 2010

Oto pierwszy wpis pisany ze słonecznej Florydy :-). Poniżej kilka słów o drodze (dłuuuugiej…), którą przebyłem 5. kwietnia, tj. w poniedziałek wielkanocny, by dotrzeć do Vero Beach na Florydzie.

Spędziwszy wpierw wspaniałą Wielkanoc w towarzystwie żony (nota bene naszą pierwszą wspólną), musiałem się pożegnać z Zurychem (i małżonką :)) i o 7.10 siedziałem już w samolocie Swiss’u (LX1100) do Monachium. Maszyna była praktycznie pusta, łącznie było może 20 osób… no bo któż lata w poniedziałek wielkanocny.  W Monachium przesiadka na Lufthansę A330-300 do Miami (LH 460).

Mój dzień rozpoczął się już o 5:15 rano, zatem uwzlędniwszy przesunięcie czasowe, zapowiadał się długi dzień.

Airbus 330-300, lot LH460

Airbus 330-300, lot LH460

W Monachium, jako że lecę do Stanów, ponowna (!) kontrola osobista oraz bagażu. Cóż z tego, że mój bagaż był już prześwietlany raz a ja ‚także ‚obmacywany’, Stany to Stany więc ponownie należało przejść kontrolę. Mój aparat fotograficzny przechodził ją wraz ze mną – uprzejmy pan zaglądał do obiektywu (sprawdzał czy można przez niego przejrzeć na drugą stronę), włączał aparat, etc. Zapytałem się tego sympatycznego pana, czy to normalne, taka „sroga” kontrola. Na co pan odpowiada, że to jeszcze nie tak źle, że podróżując do Izraela, kontrola jest o jeden stopień wyższa, czytaj bardziej szczegółowa (najwyższy już stopień). I tak to.

Notabene, przy kontroli „granicznej” (wyjeżdżałem wszakże z obszaru Schengen i Europy) zauważyłem, że mój polski paszport sprawdzają trochę dłużej i jakoby skrupulatniej. Czekam 10 sekund, czekam cierpliwie 20 sekund, ale po 30 sekundach zwróciłem się ‚z uśmiechem’ do pana celnika i uprzejmie go zapytałem, czy przypadkiem Polska nie jest już członkiem Unii Europejskiej. Pan odpowiedział pytaniem: Dlaczego? Na to ja: bo widzę, że mój paszport jest skrupulatniej sprawdzany i porównywany z bazą komputerową… Uśmiechnął się lekko, oddał mi paszport odpowiadając, że to tylko normalna kontrola… no tak… 🙂

Na szczęście samolot nie był pełen i tak siedziałem sam przy oknie, nie mając nikogo u boku. Wystartowaliśmy, pogoda ładna, ale jak miało się okazać, miało być coraz lepiej. A dzień nie raczył się kończyć (lecieliśmy wszakże na zachód…) i się w ten ‚magiczny’ sposób przedłużał.

Niebiesko mi

Niebiesko mi

Czas lotu obliczony był na około 10:30 godzin; startowaliśmy w Monachium o 09:35 a w Miami planowo mieliśmy być o 14:10. Jakie 10 godzin lotu?… przesunięcie czasowe się kłania = -6 godzin.

jakieś 4'900 mil... długa droga

jakieś 4'900 mil... długa droga

Na szczęście miałem książkę, naukę oraz duży wybór filmów do obejrzenia w samolocie. A poza tym siedziałem przy oknie, więc co jakiś czas patrzyłem sobie co tam ładnego widać.

Okno na Świat

Okno na Świat

Trzeba powiedzieć, że serwis był bardzo dobry: smaczne jedzenie, dużo i często napoje (co jakiś czas stewardesa roznosiła sok i wodę), stewardesy uprzejme i otwarte na każde pytanie. Naprawdę pozytywnie oceniłem ten lot.

Każdy zmierza w swoją stronę

Każdy zmierza w swoją stronę

Już blisko... okolice Baham (Bahamów?)

Już blisko... okolice Baham (a może Bahamów?)

Wreszcie lądujemy w Miami. Już przy wyjściu z samolotu spotykam się z nowym czasem lokalnym oraz z nową temperaturą = jakieś 28 stopni Celsjusza. Należy ustawić się w kolejce „Immigration” i jeszcze raz pan urzędnik sprawdza czy aby na pewno może nas wpuścić do Stanów Zjednoczonych. Lepiej tutaj nie robić żadnych głupich dowcipów czy się śmiać, bo – choć to brzmi nieprawdopodobne – ten pan może nas jeszcze cofnąć i nie wpuścić – i to pomimo wbitej wizy do paszportu, mimo siedzenia 10 godzin w samolocie… niesamowite nieprawdaż?!

Na szczęście wszelkie moje dokumenty są w porządku i – już oficjalnie – jestem w USA. Przed nami jeszcze 150 mil drogi z Miami do Vero Beach, jakieś dobre 3 godziny jazdy. A wskazówki mojego wewnętrznego zegarka pokazują już godzinę 23.00…

Pożyczamy samochód, ładujemy nasze walizki i ruszamy w drogę, w wielki (pod każdym względem, ale o tym później) świat amerykański. I tak, po kolejnych trzech godzinach, o 4.00 nad ranem czasu polskiego kładę się do łóżka… by zasnąć po krótkiej chwili… byłem 24 godziny na nogach. A następnego dnia na 8.30 na zajęcia. Ale – na szczęście – 8:30 „czasu amerykańskiego”. Dobranoc.

Flying. Swiss made.

Piotr