Mijają kolejne dni, a my mamy za sobą coraz więcej lotów, coraz więcej nowych doświadczeń; minął nam siódmy tydzień, pozostały jeszcze 3 tygodnie do końca naszego pobytu na Florydzie, do końca tejże (przedostatniej fazy lotniczej) i do powrotu do Europy (nota bene, ostatnio kolega zwrócił uwagę, że przed nami tylko jeszcze 18 ‚prawdziwych’ lotów, nie licząc symulatorów; po tych 18-stu następny ‚prawdziwy’ lot już odbędziemy na Airbusie… 🙂 Ale czasowo to jeszcze około rok…

Póki co, latamy na Piper Seminole PA-44:

Seminole (plemię Indian z Ameryki Północnej)

Seminole (plemię Indian z Ameryki Północnej)

A w środku wygląda tak 🙂

Kilkanaście guzików, trochę wajch

Garść przyrządów, kilkanaście guzików, trochę wajch, 4 pedały

Dwa silniki, już nie jeden z przodu, ale oba na skrzydłach. Więcej mocy, więcej możliwości 🙂 Dwa razy po 180 KM, prędkość do 150 węzłów, wznoszenie do 1’300 stóp na minutę – jest lepiej! Choć są też drobne rzeczy wymagające przestawienia się: już nie ma tego wielkiego „pudła” przed oczami, widoczność jest lepsza, silniki są z boku; ale tym samym trzeba też się przyzwyczaić do nowego ‚widoku’ przy lądowaniu… – pierwsze lądowania należały do tych ‚z akcentem’ 😉 Ale podoba mi się; przyjemne jest uczucie przesuwania dwóch przepustnic zamiast jednej 🙂

Jest jeszcze kilka innych różnic: mamy już GPS (2 x Garmin 430), tym samym możemy ćwiczyć także podejścia GPSow; samo urządzenie otwiera także nowe możliwości i usprawnia nawigację; awaria silnika nie zmusza do lądowania, choć – jak się przekonaliśmy podczas symulacji awarii jednego z silników – tak dużo lepiej też znów nie jest (może myślicie, że dwa silniki to dwa razy lepsze osiągi… figa z makiem! Moc może dwa razy większa, ale jak jeden silnik wysiądzie, zostaje nam 20% wydajności…).

Ale i tak pozwala to na bezpieczny powrót na lotnisko (pod warunkiem, że nie jesteśmy akurat w Alpach w gorący dzień…). No i jest ta przyjemność odpalania dwóch silników, wpierw lewego, potem prawego 🙂 Sam samolot jest  „szybszy”, dystanse pokonuje się w krótszym czasie – czyli trzeba sprawniej pracować by nie ‚pozostać za samolotem’ (ja już zdążyłem się raz o tym przekonać… coś w rodzaju: „tak, tak, mam jeszcze sporo czasu, na spokojnie…”).

Pod względem programowym tak dużych zmian nie ma – ćwiczymy podejścia, lądowania, obsługę GPSu itp. Nowością są nagłe, niespodziewane symulację awarii silnika przez instruktora, sytuacja w której to my musimy szybko i sprawnie zabezpieczyć „niesprawny” silnik, oczywiście cały czas lecąc i zachowując odpowiednie marginesy. Pewnego razu nawet, na bezpiecznej wysokości, wyłączyliśmy jeden silnik (tak jakbyśmy zabezpieczyli niesprawny silnik). Muszę przyznać, że ciekawy to widok – nadal lecieliśmy a obok mnie w powietrzu stało spokojnie śmigło :-). Następnie, po skończonym ćwiczeniu, odpaliliśmy go na nowo w powietrzu, tzw. windmilling start, czyli po zmianie skoku śmigła, nabraniu odpowiedniej prędkości – silnik sam  na powrót zaskoczył.

Nasz 'zepsuty' silnik

Nasz 'zepsuty' silnik

Jutro, we wtorek nie latamy: w programie briefing przed naszym lotem do Kitty Hawk – miejsca, gdzie Bracia Wilbur i Orville Wright dokonali pierwszego lotu w historii – 17 grudnia 1903 – tam się wszystko zaczęło! Lecimy w środę a wracamy w piątek 28 maja. Cieszę się, że mogę odwiedzić tak istotne miejsce w dziejach lotnictwa!

Kitty Hawk

First successful flight of the Wright Flyer, by the Wright brothers. The machine traveled 120 ft (36.6 m) in 12 seconds at 10:35 a.m. at Kitty Hawk, North Carolina. This was considered "the first sustained and controlled heavier-than-air, powered flight" by the Fédération Aéronautique Internationale.

Daleka droga, przez 4 stany

Daleka droga, przez 4 stany

Co poza tym? Ostatnio miałem się okazję przekonać, że w Vero Beach nie zawsze jest pięknie i słonecznie – po raz pierwszy musieliśmy poczekać ze startem jakieś 30-45 minut… bo była mgła!

Gdzie niebo?

Gdzie niebo?

Na zakończenie jeszcze kilka zdjęć:

Lustereczko, lustereczko, powiedz mi przecie... - lusterko, do sprawdzenia czy przednie koło jest schowane/wysunięte oraz jako pomoc przy kołowaniu...

Lustereczko, lustereczko, powiedz mi przecie... - lusterko, do sprawdzenia czy przednie koło jest schowane/wysunięte oraz jako pomoc przy kołowaniu...

Pracuj silniczku pracuj

Pracuj silniczku pracuj

burzowo cumulusowo

burzowo cumulusowo

Za 17 dni jestem już w Europie!

Flying. Swiss made.

Piotr

Reklamy
21 kwietnia 2010 - wyjazd całego zestawu z VAB (Copyright by NASA)

21 kwietnia 2010 - wyjazd całego zestawu z VAB (Copyright by NASA)

Tak jak wspomniałem w poprzednim poście, 14. maja 2010 odbył się start promu kosmicznego (Atlantis) i pojechaliśmy by być świadkami tego wydarzenia. Jako że program kosmiczny, w obecnej formie, jest zamykany, planowe są jeszcze tylko 3  starty wahadłowców w 2010 r. Ostatnie trzy starty w ogóle…

Ja pamiętam, będąc jeszcze dzieckiem, jak oglądałem w telewizji start promu i wydawało mi się to takie odległe, nienamacalne i ‚magiczne’. Stąd też, jak tylko się dowiedziałem, że podczas mojego pobytu w USA planowany jest start, wiedziałem, że chcę i muszę pojechać by zobaczyć to na własne oczy. Nie wiem czy macie podobne czasem odczucia, ale są takie wydarzenia w życiu, które mają taką ‚magiczną’ otoczkę – np. wspomniany wyżej oglądany start wahadłowca w telewizji – a tutaj nagle pojawia się możliwość zobaczenia tego momentu na żywo, coś co dotychczas znało się tylko ze zdjęć czy telewizji 🙂

Tutaj staliśmy - jakieś 12-13 mil od platformy startowej

Tutaj staliśmy - jakieś 12-13 mil od platformy startowej

Jak już wspomniałem, są to ostatnie trzy loty, a dzisiejszy, STS-132, był ostatnim lotem wahadłowca Atlantis. Start był zaplanowany na 14.20 czasu lokalnego, wyjechaliśmy około 11.15 obawiając się dużego ruchu i korków (jako że są to ostatnie trzy starty wahadłowca, wiele osób spieszy by zobaczyć na żywo). Po drodze dużo samochodów, wszyscy podążali w tym samym kierunku. Korzystając z informacji podanej mi od kolegi z poprzedniego kursu, wybieramy się trochę na północ od Kennedy Space Center (patrz mapka powyżej). Mieliśmy dużo szczęścia, gdyż znaleźliśmy miejsce do parkowania, przeszliśmy na drugą stronę ulicy, i – chłodząc nogi w przyjemnej chłodnej wodzie – mieliśmy podziwiać start. Dużo szczęścia także dlatego, gdyż bywa, że starty są odwoływane (mój znajomy wybierał się trzy razem…). Ale punktualnie o 14.20 (20.20 czasu polskiego) Atlantis rusza!

Start STS-132, 14. maja 2010 (Copyright by NASA)

Start STS-132, 14. maja 2010 (Copyright by NASA)

Fala dźwiękowa dochodzi do nas po chwili, drży powietrze, wokół pełno pary a przed nami, pod promem, jasny biały płomień ognia – olbrzymia energia, która unosi cały, ważący ponad 2.000 ton zestaw! Po chwili o brzeg uderzają drobne fale powstałe przez falę uderzeniowo-dźwiękową podczas startu – taka to energia – a ja stoję jakieś 16 km od platformy…

Tutaj link do filmu ze startu STS-132: Start STS-132

A więcej informacji tutaj: Wikipedia, po angielsku, Wikipedia po polsku

Poniżej kilka moich zdjęć, oczywiście miałem ‚trochę’ gorszą miejscówkę niż fotograf robiący powyższe zdjęcie 🙂 No i gorszy sprzęt 🙂 …

Po kliknięciu na zdjęcie pojawi się ono powiększone w nowym oknie.

Więcej zdjęć na Picasie.

Niesamowite przeżycie

Niesamowite przeżycie

Powiększone zdjęcie z początków startu

Powiększenie, z początków startu

W pierwszych dzięsieciu sekundach...

W pierwszych dzięsieciu sekundach...

Olbrzymia energia

Olbrzymia energia

Po starcie... warto było przyjechać dla tej 'krótkiej' chwili przyjemności

Po starcie... warto było przyjechać dla tej 'krótkiej' chwili przyjemności

Flying. Swiss made.

Piotr

Bye Bye Arrow…

14 Maj 2010

Uroki latania
Uroki latania

Czas szybko leci, mija szósty tydzień pobytu, piąty tydzień latania… za mną dwadzieścia lotów, prawie 38 godzin wylatanych, z tego 7 godzin nocą, 23 godziny wg zasad latania na przyrządach (IFR), 83 podejścia, 48 lądowań. A łącznie, po tej fazie, mam już wylatane 131 godzin (wraz z 30 godzinami na ‚symulatorze’ w Szwajcarii) oraz równe 200 lądowań. Dziś mieliśmy ostatni lot na Piper Arrow, naszym dzielnym jednosilnikowym samolociku; od poniedziałku zaczynamy nową ‚fazę’ – przechodzimy na dwusilnikowy Piper Seminole, na którym odbędziemy 13 lotów. Bye bye jednosilnikowy Arrow…

Błękitno mi :-)

Błękitno mi 🙂

Wczorajszy, ostatni lot to był tzw. Phase Check, czyli taki nasz wewnętrzny sprawdzian, by zweryfikować jakie postępy zrobiliśmy podczas ostatniej fazy, czego się nauczyliśmy i jaki jest poziom każdego z nas. Ja odbyłem ten sam lot co dnia poprzedniego, czyli z Vero Beach, przez Fort Pierce i Melbourne z powrotem do Vero beach. Pierwsza część – leciałem wg zasad z widocznością, po drodze zrobiwszy kilka tzw. Steep Turns, przeciągnięć oraz Slow Flight. Następnie dwa kręgi w Ft Pierce, jedno ‚normalne’ lądowanie, a drugie bez klap (większa prędkość na podejściu). Po tych kręgach nastąpiła druga część, latanie na przyrządach i podejścia (precyzyjne i nieprecyzyjne). Oczywiście pogoda na Florydzie jest przez większą część roku wspaniała, nie ma niskiej podstawy chmur i mgieł itp. więc ograniczoną widoczność symulujemy takimi okularkami, po założeniu których widzimy już tylko przyrządy. Oto one:

Okulary 'mgielne' ... tzw. foggles :-)
Okulary ‚mgielne’ … tzw. foggles 🙂

Na początku latanie z nimi sprawiało trudności, gdyż dzięki tymże okularom mamy ograniczone pole widziane (takie tunelowe). Ale już  po krótkim czasie nauczyliśmy się z nimi latać a równocześnie mieć dobry ogląd sytuacyjny.

Ja jestem pod wielkim wrażeniem jak precyzyjne można latać wg przyrządów – i jaki to wspaniały ‚wynalazek’ i jakie możliwości to daje. Wyobraźcie sobie proszę, że lecicie w Alpach, w gęstych chmurach i przed nami tylko biało. I, zachowując precyzję lotu, wymagane parametry, jak wysokość, kurs i prędkość – możemy bezpiecznie nawigować po górzystym terenie, z dala od niebezpiecznych ścian (tzw. cumulus granitus, jak to by powiedział nasz instruktor od prawa lotniczego 🙂 ). Co więcej, możemy nawet podejść do lądowania, nie widząc przed sobą ani pasa, ani lotniska. Sprowadza nas „radiolatarnia” (są różnego rodzaju), wskazując nam kierunek w którym mamy lecieć. A korzystając z tzw. podejść precyzyjnych (np. ILS) jesteśmy w stanie, jak po sznurku, po pochylni, zarówno w profilu pionowym jak i pionowym, podejść do pasa startowego – nic nie widząc! ILS jest podzielony na kategorie, które to są zależne od kilku czynników. Im wyższa kategoria,  tym bardziej precyzyjne podejście, tym niżej możemy zejść. My tutaj podchodzimy z ILS CAT 1 – sprowadza nas do poziomu 200 stóp nad pasem – czyli ok 60 m – między samolotem a ziemią. Niesamowite, nieprawdaż? Ja byłem (i jestem nadal) niesamowicie oszołomiony, jakie to dokładne i jakie to daje nam możliwości. A to najniższa kategoria… ale i tak w dużej ilości przypadków to wystarcza, gdyż chmury  znajdują się wyżej…

Wille, baseny przydomowe i prywatne jachty...

Wille, baseny przydomowe i prywatne jachty...

Co też ciekawe – samo ‚latanie’ zajmuję nam coraz mniej ‚zasobów’, dzięki czemu mamy więcej tychże zasobów na inne czynności (rozmowa z kontrolerem, nawigacja, etc.). Na samym początku latanie zajmowało nam 90% zasobów, tak teraz (odkryliśmy to niedawno) potrafimy równo i dobrze lecieć, kontrolować parametry lotu, w międzyczasie np. zmienić częstotliwość pomocy radionawigacyjnej oraz ‚wysłyszeć’ komunikat od kontrolera, do nas kierowany i na niego odpowiedzieć :-). Pamiętam swój pierwszy lot – byłem po prostu niesamowicie zdziwiony i wydawało mi się to wszystko takie skomplikowane, tyle rzeczy na raz, i nie wierzyłem, że opanuję to wszystko.

Ale kolejne godziny w powietrzu pokazały, że to tylko kwestia czasu i ćwiczenia.

To tyle na dzisiaj, zaraz jedziemy obejrzeć start promu kosmicznego z przylądka Canaveral (misja STS-132) 🙂 Cieszę się już jak dziecko na gwiazdkę!

Flying. Swiss made.

Piotr

P.s. Postaram się pisać trochę częściej a mniej. Zobaczymy czy się uda…

Okolice na północ od Miami

Okolice na północ od Miami